Bierstrasse
– Panie Marku, proszę się tak nie wiercić. Całe nano pan zrzuci i trzeba będzie powtarzać kąpiel. – Dolna część twarzy robota wyrażała zatroskanie. Górna nie wyrażała niczego. Nie mogła. Twarz robota, podzielona na dwie części - ludzką i nieludzką – miała być rozwiązaniem problemu doliny niesamowitości. Naturalna mimika części dolnej – od brody do nosa, którym notabene robot potrafił ruszać – miała ułatwiać komunikację z ludzkim rozmówcą. Zadaniem górnej części, wyglądającej jak metalowe pudełko na buty, z obiektywami kamer na wysokości oczu, było minimalizowanie dyskomfortu, który z kolei wywoływały maszyny zbyt humanoidalne. Teoria wydawała się dobra. Budżet na testy był mały. Roboty robiły upiorne wrażenie… Jednak, o dziwo, okazało się, że korzystający z ich pomocy pacjenci i pensjonariusze domów opieki stosunkowo szybko się przyzwyczajali. Zwykle…
– Kiedyś kąpiel polegała na wzięciu prysznica lub zanurzeniu się w wannie, wiesz? – Nagi, leżący na brzuchu, stary mężczyzna odwrócił głowę, by spojrzeć na robota.
– Wiem. Panie Marku, proszę się nie wiercić.
Trwali w milczeniu. Mężczyzna wyciągnięty na stole kąpielowym i stojący nad nim robot, kontrolujący postęp ablucji.
– Teraz proszę położyć się na plecach. Pomogę panu. – Robot umiejętnie obrócił starca.
– Puść jakąś muzykę.
„Ma życie stanów rozmaitość:/ Przesyt, niedosyt, czczość i sytość” popłynęło cicho z głośników.
– W samo sedno. Wiesz, że słyszałem to na żywo?
– Wiem – powiedział robot obojętnie, jak robot.
„Są zatem tacy, którym za nic/ Poznania przekraczanie granic,/ Wiedza, co dzieje się dokoła” śpiewał męski głos do akompaniamentu gitary.
– Miałem nadzieję, że przed śmiercią jednak raz jeszcze odwiedzę Poznań. – Spojrzenie starca spotkało się ze spojrzeniem robota.
– Panie Marku, nie musi pan umierać. – Na twarzy robota, a właściwie to na jej dolnej części, znów malowała się troska.
– Nie muszę, nie muszę, ale już zdecydowałem. Siostra Samanta była nawet pytać, czy na pewno. Przyszła kilka tygodni temu, roztrzęsiona jak pies podczas burzy. Wiesz, że budzicie w niej strach? Szczególnie gdy tak idziecie jeden za drugim i jedna za drugą, by się naładować w korytarzu.
– Wiem. – Na oblicze robota wróciła obojętność.
– Siedzi, biedna, w tej swojej dyżurce, patrzy na was i ciągle łyka jakieś tabletki. Tak to przynajmniej wygląda na podglądzie. Ładuj się może tutaj.
– Dobrze, jutro naładuję się w pańskim pokoju.
– No tak, jutro… – Tym razem to twarz człowieka nie wyrażała żadnych emocji. – Byłem kiedyś w Poznaniu, wiesz?
– Wiem. A teraz masaż. – Robot pomógł mężczyźnie wstać i dotrzeć do stołu rehabilitacyjnego. Wprawnymi, zupełnie ludzko wyglądającymi dłońmi zaczął ugniatać ramiona i kark swojego pacjenta.
– Czy Poznań bardzo się zmienił?
– Bardzo. Nie ma już wałów ziemnodrewnianych ani późniejszych murów. Nie ma też cytadeli po północnej stronie miasta.
– Pytam o czas, w którym tam byłem, a nie o czasy Mieszka albo Przemysła i Rychezy. Wiesz, kiedy byłem w Poznaniu? Gadaj tu z robotem…
– Wiem. Poznań zmienił się bardzo. Już puszczam film. Woli pan widzieć obraz satelitarny czy z dronów?
– Wszystko jedno.
Po chwili na soczewkach starca pojawiły się barwne, trójwymiarowe obrazy metropolii: wieżowce tonące w chmurach i w zieleni, tunele, mosty, sznury jadących i lecących pojazdów, błyszczące konstrukcje niewiadomego przeznaczenia i setki, tysiące ludzi. Zdrowych, zadbanych, ubranych kolorowo, goniących w jakichś własnych sprawach. Wraz z ludźmi roboty. Roboty niosące zakupy, pilnujące dzieci, sprzedające i reklamujące towary, masujące, gotujące, piorące, leczące. Ba, nawet tańczące i uczące tańca. Wszystko to pokazane w kilka chwil. Prezentowane z góry w dużej perspektywie i z kamer poumieszczanych w lokalach i noszonych przez mieszkańców.
– Jak z filmu SF. Już wystarczy. – Mężczyzna odchylił głowę, by choć trochę widzieć robota wciąż zajętego masowaniem jego ramion. – Ładnie to wygląda. Ale ludzki pęd wciąż ten sam. Byłeś w Poznaniu?
– Jestem z Poznania.
Starzec uniósł się na rękach. Dłonie robota odsunęły się od jego pleców, ułatwiając mu zmianę pozycji.
– Jak to? – Znów kamery i oczy spotkały się na krótką chwilę. Człowiek był zaintrygowany. Robot obojętny.
– Zostałem skonstruowany w Poznaniu. Tam też będę poddany utylizacji. Panie Marku, proszę się położyć i nie wiercić. Trzeba dokończyć masaż.
– Nie wiem po co – powiedział mężczyzna, kładąc się jednak z powrotem na stole. – To znasz Poznań?
– Byłem testowany na ulicach i w budynkach. Testy były bardzo krótkie. Poznań jednak znam świetnie ze źródeł cyfrowych.
– A znasz Bierstrasse? – Gdyby w stole do masażu była kamera, robot zobaczyłby wesoły uśmiech swojego podopiecznego.
– Znam – odpowiedział robot.
– Akurat, to gdzie to jest?
– W sieci.
– To co to jest?
Głos robota, do tej pory dość ładnie modulowany, stał się lekko monotonny.
– "Bierstrasse", opowiadanie Rafała Charłampowicza. Ukazało się w „Szortalu” nr 62 (sierpień 2018). Jest teraz dostępne pod adresem: http://www.trochetekstow.pl/opowiadania/bierstrasse_opowiadanie.html.
– Ha! mam cię! – Śmiech mężczyzny znów utrudnił pracę masażyście. – Trzeba cię sprawdzać. Jak się pytam, czy coś wiesz, zawsze mówisz, że wiesz, a gdy dopytać, to wychodzi, że nie wiesz. Już wystarczy tego masażu. Procedury procedurami, ale ja jutro umieram.
Robot znów nie okazał żadnych emocji.
– Dobrze, możemy odłożyć masaż na jutro. Procedury pozwalają na jednodniowe przesunięcia, gdy pacjent wyraźnie nie życzy sobie zabiegu. Czy podać kawę?
Byli w niedużym, skąpo umeblowanym pokoju. Stolik, miękko wyściełane krzesło, dwie półki na jednej ze ścian, puste, nie licząc małego kaktusa w czerwonej doniczce. Za oknem wzgórze porośnięte gęstym lasem. Stary człowiek siedział na krześle i pił kawę z dużego kubka. Robot, gdy upewnił się, że naczynie, tylko częściowo wypełnione gorącym płynem, nie stanowi zbytniego wyzwania dla drżącej ręki podopiecznego, usiadł naprzeciwko na podłodze. Po turecku, w pozycji, z której jego konstruktorzy byli bardzo dumni.
– Nie powinien pan pić kawy przed snem, panie Marku. – Robot wyrażał troskę zarówno głosem, jak i mimiką. Jego moduł konwersacyjny czasami bywał rzeczywiście dobry.
– Wiedziałem, że nawet dzisiaj sobie nie odpuścisz. – Mężczyzna upił kolejny łyk. – Przełącz okno na real.
Miejsce lasu zajął krajobraz oglądany z dużej wysokości. Buzujące miasto w dole i morze na dalekim horyzoncie. Robot wiedział, że aby konwersacja się toczyła, musi o coś zapytać. Jego analizatory przeszukiwały ostatnie rozmowy z człowiekiem pod kątem potencjalnych tematów.
– Co to jest Bierstrasse? – zapytał.
Mina starca była wyraźnym potwierdzeniem, że trafił. Człowiek odstawił kubek na stolik i uśmiechnął się. Ba, nawet się wyszczerzył, demonstrując kompletne uzębienie.
– O, chciałoby się wiedzieć, co? Nie co, a gdzie. Nie powiem ci, gdzie to jest. I ty czegoś nie wiedz. Ale opowiem ci o tym miejscu. Tylko przynieś mi kieliszek wina. I karambolę – dodał po chwili. Pokrojoną w plastry! – zawołał jeszcze za wychodzącą maszyną.
Kilka minut później robot wrócił z kieliszkiem i talerzykiem z owocem. Postawił wszystko na stoliku i usiadł w poprzedniej pozycji.
– Lepsze byłoby białe, ale niech będzie. – Mężczyzna spojrzał krytycznie na kieliszek. – I czemu nalane tylko do połowy? Oszczędzacie?
– Tak się podaje – odpowiedział robot.
– A ta karambola świeża? Słabo pachnie i jakaś taka bardzo żółta…
– Spełnia normy owocu zdatnego do spożycia.
– Prawie bez smaku. – Mężczyzna zjadł pierwszy gwiaździsty plasterek. A potem drugi. – Słuchaj o Poznaniu.
– To było zimą. Pojechałem do Poznania poszaleć. Właściwie to wyszaleć się. Wiesz, co znaczy „wyszaleć się”? Nie chodzi o szalety, choć czasem związek jest bliski. Nie odpowiadaj. Wiem, co powiesz. Spytasz, dlaczego do Poznania? Owszem, sponiewierać mogłem się i we własnym mieście. Tylko że ja już czułem się sponiewierany. Sponiewierany przez zatłoczony, hałaśliwy open space w pracy i ciszę w pustym mieszkaniu. Czułem, że muszę odreagować gdzieś poza domem. A o Poznaniu mówiło się, że to miasto świetne i do pracy, i do rozrywki. Pierwszego wieczoru z szalenia jednak nic nie wyszło. Zameldowałem się w hotelu, rozpakowałem, wziąłem prysznic – taki z wodą – i odkryłem, że nie mam na nic ochoty. Ani na alkohol, ani na kobiety. Wypiłem kawę i zasnąłem niespokojnie. Następnego dnia obudziłem się w innym nastroju. Ranek był piękny i Poznań był piękny, lśniący bielą śniegu. Widoki lekko odrealnione, jakby odtwarzane w zwolnionym tempie. Spacerowałem ulicami, karmiąc oczy i zastanawiając się, co zrobić z sobą i dniem. Na jakimś skwerku dwa młode psy, owczarek niemiecki i czarny labrador, biegały za patykiem. Patyk rzucała nastolatka w śmiesznej czapce z pomponem. Towarzyszył jej chłopak w podobnym wieku. Nie rzucała daleko. Nie było miejsca. Żaden z psów nie chciał oddać zdobyczy, więc każdy rzut kończył się gonitwą całej trójki. Chłopak stał i pilnował, czy któreś zwierzę nie zbliża się zbytnio do ulicy. Psy były tak urocze, że wszedłem do pobliskiej kafejki, wypić espresso z widokiem na bawiącą się młodzież. To pośrednio dzięki tym szczeniakom dowiedziałem się o Bierstrasse. Dzięki nim i bardzo dobrej kawie, która zatrzymała mnie na dłużej w jednym miejscu.
Robot słuchał i nie przerywał. Jego oba programy do analizy wypowiedzi zauważyły zmianę stylu. Nie wiedząc, jak ją zinterpretować, zaleciły maszynie milczenie.
– Po kwadransie psy i ich państwo zniknęli ze skweru. Został sponiewierany śnieg. Miejscami tak skopany, że przezierała spod niego trawa. Nie chciałem tak wcześnie iść do pubu. Dzień dopiero co porządnie się zaczął. Zamówiłem drugie espresso i wziąłem się za szukanie w sieci informacji o wydarzeniach w Poznaniu. Spacer po cytadeli wydał mi się najbardziej interesujący, szczególnie że było niedaleko. Wizja ruin pasowała też do mojego nastroju. Na miejscu omal nie zrezygnowałem, bo ludzi było dużo. Za dużo, jak na mój gust. Wspiąłem się jednak po schodach prowadzących do parku na terenie dawnej pruskiej twierdzy i dołączyłem do grupy. Goście, którzy prowadzili spacer, Henryk - szpakowaty brodacz i Bartek - niski blondyn, byli świetni. Potrafili coś powiedzieć o każdym kawałku muru i o miejscu, w którym kiedyś stał kawałek muru. Chodziliśmy po parku przez bite cztery godziny. Wszyscy strasznie zmarzliśmy, spod śniegu prawie nic nie było widać, ale nikt nie odpadł, tak było ciekawie. Po spacerze poszedłem rozgrzać się w pobliskiej restauracji. Jadłem gorącą zupę, gdy nasi przewodnicy dosiedli się do mojego, jedynego wolnego stolika. Zaczęliśmy rozmawiać o Poznaniu, cytadeli i planach na wieczór. O Bierstrasse powiedział mi Henryk, ten brodaty. Swoją drogą, ciekawe, co tam u nich…
Oprogramowanie robota nie rozpoznało retoryczności pytania. Na soczewkach starca ukazał się obraz dwóch mężczyzn w średnim wieku, ubranych w ciepłe kurtki, stojących po kostki w śniegu. Młodszy patrzący w kierunku kamery, a starszy z brodą, zwrócony twarzą do muru, ręką pokazujący coś niewidocznej publiczności.
– Mają się dobrze. Czy mam pokazać ich aktualne zdjęcia?
– Skąd wiedziałeś, o kogo mi chodzi? – Mężczyzna patrzył na robota. – Aha, podałem ich imiona i stąd miałeś dane – odpowiedział sam sobie.
– Wszyscy mieliście przy sobie smartfony z funkcją lokalizacji, panie Marku. To zdjęcie zostało zrobione przez jedną z uczestniczek wycieczki.
– Dobrze, wyłącz już to. – Mężczyzna upił łyk wina i ostrożnie odstawił kieliszek. – Do dzisiaj pamiętam, co to jest kaponiera, reduta i rawelin. Tego Henryka spytałem, gdzie w Poznaniu można się napić dobrego piwa lub w ogóle jakie miejsce poleca. – Stary człowiek wrócił do starej historii. – Wtedy były modne tak zwane piwa rzemieślnicze, wiesz? Nie, nie odpowiadaj i nie pokazuj mi etykiet. Miałem ochotę na dobre piwo, ale jeszcze bardziej po prostu chciałem się upić. Poradziłbym sobie bez porad, jednak skoro siedział przede mną Poznaniak z dziada pradziada, czemu nie spytać. „Bierstrasse”, odpowiedział Henryk. „Możesz tam chodzić od pubu do pubu i w każdym coś znajdziesz. Stamtąd nie wraca się trzeźwym”. „Brzmi fantastycznie! Gdzie to jest?”, zapytałem. A on na to, że akurat się tam wybiera. Poszliśmy razem.
Bierstrasse – Henryk konsekwentnie nie używał oficjalnej nazwy ulicy – tętniła życiem. Lokale i ludzie, ludzie i lokale. Rozświetlone okna i blask latarni odbijany przez śnieg wzmagały świąteczno-karnawałową atmosferę tego miejsca. Pub, do którego weszliśmy przywitał nas śpiewem karaoke. Usiedliśmy przy barze na dwóch ostatnich wolnych miejscach, tuż obok wejścia do palarni. Dym trochę przeszkadzał, ale piwo było znakomite. Śpiewający byli całkiem nieźli. Rozmawialiśmy na raty, w przerwach między piosenkami. Zresztą nie poszliśmy tam rozmawiać.
W pubie dość szybko zostałem sam. Do Henryka przyszła wiadomość, po której błyskawicznie dopił piwo i pożegnał się mówiąc, że wypadła mu nagła sprawa. Zamówiłem drugie piwo i wtedy dosiadła się ona. Nie pytała, czy wolne. Usiadła na stołku, na którym przed chwilą siedział Henryk, uśmiechnęła się do mnie i z tym uśmiechem, uderzając kieliszkiem o mój kufel, powiedziała, że ma na imię Ludwika. „Myślałem, że drahma”, zareagowałem odruchowo. Jednak bardziej niż bezpośredniość mojej nowej sąsiadki, zaskoczyło mnie wino. To był typowy pub. „Skąd masz wino?”, spytałem. „Tu przecież nie sprzedają.” Akurat była przerwa w śpiewaniu, więc mogliśmy się słyszeć. „Przyniosłam”, odpowiedziała. „A Drahma mam na drugie”, dodała śmiejąc się. „Za nietuzinkowe imiona”, wzniosłem toast pełnym kuflem.
Dalszą rozmowę uniemożliwiło nam ‘In my secret life’ Cohena, znakomicie śpiewane przez jakiegoś trzydziestolatka. Piliśmy w milczeniu, patrząc to na siebie, to na bar, to na ludzi przy stolikach. Ja piłem szybko, ona sączyła. Po Cohenie było ‘Moon Over Bourbon Street’ i ‘Nothing Compares 2 U’. “Robi się coraz rzewniej”, skomentowałem. „Zaraz pewnie będzie Dolly Parton i ‘I will always love you’”. „Pij wolniej”, powiedziała, ignorując moje gadanie. „Jestem tylko do trzeciego piwa”. „Ale przecież nie masz piwa”. „Twojego”. Zrobiło mi się głupio. Obca kobieta najpierw mnie sama zagaduje, a potem liczy ile wypiłem.
Wziąłem kilka dużych łyków. „Uprzedzałam”, powiedziała. Uśmiech miała wciąż ciepły. I zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio. „Wiesz, miałem psa”, zacząłem. „Buldoga, wabił się Warkot. Jedenaście lat”. I wtedy ona położyła mi palec na ustach. „Ćśś, w tej historii nie będzie cierpiało żadne zwierzę”, powiedziała. Po tylu latach wciąż pamiętam jej dotyk i to dziwne poczucie bliskości oraz oczywistości wszystkiego.
Muzyka po przerwie zrobiła się żywsza i Ludwika poszła potańczyć. Patrzyłem na nią. Ruszała się pięknie, właściwie nie ocierała się o nikogo ani w tańcu, ani przeciskając się między stolikami. Nie wiem, jak to robiła. W pewnej chwili straciłem ją z oczu. Na barze wciąż stał jej kieliszek, więc spodziewałem się, że jeszcze wróci. Intrygowała mnie i zaczynała mi się podobać. Opróżniłem kufel i zamówiłem trzecie piwo. Po dwóch IPA-ch przyszedł czas na porter. Zrobiłem się głodny, ale do wyboru były tylko orzeszki i orzeszki. Już miałem je kupić, gdy pojawiła się Ludwika. Trzymała w ręku plastikowy talerzyk. „Widziałam, że oglądasz przekąski”, powiedziała. „Spróbuj tego”. „Co to jest?”, spytałem patrząc na zielone, żółciejące gwiazdki. „Karambola. Spróbuj!”. Ostatnie słowo zawołała, przebijając się przez chóralny śpiew piosenki o gumisiach. Wziąłem plasterek. Owoc był przepyszny. Soczysty, orzeźwiający, z jakby rabarbarową nutą. Wziąłem drugi i trzeci kawałek, pilnując jednak, by dla Ludwiki zostało więcej. „Spróbuj z winem!” krzyknęła mi prosto do ucha, podając swój kieliszek. Upiłem kilka łyków. Białe, chłodne wino faktycznie bardziej pasowało do karamboli niż porter. Czysta rozkosz. W wesołym hałasie bajkowych piosenek nie dało się rozmawiać. Piłem więc piwo, uśmiechając się pewnie niemądrze i patrząc na palce dziewczyny jedzącej gwiezdny owoc. „Pamiętaj, po trzecim piwie znikam”, powiedziała. „Masz do mnie jakieś pytania?”. „Czyli jesteś przeciwieństwem białych myszek”, zażartowałem. „Spotkamy się jeszcze?”. Nie umiem sobie wytłumaczyć tego pytania. Chciałem jej zaproponować, byśmy umówili się gdzieś następnego dnia. Nawet choćby w muzeum lub bibliotece. A wyszedł taki dziwny tekst. „Tak”, odpowiedziała. Odchyliłem głowę do tyłu, bezwiednie dopijając resztkę porteru. Gdy opuściłem kufel, jej stołek był pusty. Kieliszek i talerzyk też zniknęły. Zrobiło mi się smutno. Zamówiłem jeszcze jeden porter, wypiłem duszkiem i wyszedłem z lokalu.
Na zewnątrz był mróz i śnieg. Piękna zima. Taka, jakie teraz zdarzają się tylko w USA i Kanadzie. Chciałem się przewietrzyć, więc do hotelu wracałem pieszo. Pies dołączył do mnie zaraz za pierwszym zakrętem. Młody owczarek niemiecki, na oko roczny. Próbowałem go odgonić, nie chcąc, by wyszedł ze mną z terenu, który może zna, ale moje tupanie i machanie rękami oczywiście tylko zachęciło go do zabawy. Zacząłem rozglądać się za jego właścicielem i pytać przechodniów, ale nikt się nie przyznawał. Ktoś nawet, słysząc mój lekko bełkotliwy głos, wręczył mi dwadzieścia złotych, mówiąc, że to na karmę. Robiło się coraz zimniej. Psu marzły łapy. Doszliśmy do hotelu. Tu nastąpił cud. Portierka pozwoliła mi wejść ze znajdą do pokoju.
Rano obudził mnie psi dech bijący prosto w twarz. Po ocknięciu się z pierwszego szoku, wreszcie przyjrzałem się dokładniej zwierzakowi. Pies był trochę skołtuniony i chudy, ale nie wychudzony. Wyglądało na to, że zgubił się niedawno. Następny dzień minął na pytaniu w schronisku i dawaniu ogłoszeń na portalach społecznościowych. Nikt się nie odezwał. Zabrałem więc mojego nowego psiura do domu, zdecydowany wieźć go z powrotem do Poznania, gdyby pojawił się jego pan lub pani, i mając egoistyczną nadzieję, że się nie pojawi. I tak właśnie było. Dwanaście wspólnych lat… Zaabsorbowany psem nie myślałem o dziwnej dziewczynie z winem i karambolą. Wspomnienia zaczęły nachodzić mnie później. Coraz częściej i częściej. Ale do Poznania ponownie się nie wybrałem. Bałem się.
Mężczyzna zamilkł, gryząc ostatni plasterek karamboli. Patrzył na rozświetlone miasto w dole. Potem spojrzał na robota.
– Wiesz, ona powiedziała, że się jeszcze spotkamy. I ja jej wierzę. Wierzę, że spotkam ją jutro. Albo tutaj, albo, jak to się kiedyś mówiło, po tamtej stronie. Chcę ją spotkać i nie chcę już czekać.
– Jak wyglądała? – spytał robot.
– Szatynka, krótko ostrzyżona. Miała na sobie biały sweter i beżowe spodnie. Ale…
Robot nie dał skończyć swojemu rozmówcy. Zaczął wysyłać zdjęcia na soczewki mężczyzny.
– Czy to ta? A może ta? – Fotografie szatynek i ciemnych blondynek pojawiały się jedna po drugiej. – Tego dnia w tym lokalu nie było nikogo o imieniu „Ludwika” – dodał robot, pokazując teraz zdjęcia ewidentnych blondynek, brunetek oraz dwóch rudasek.
– To żadna z nich – odpowiedział starzec, nie kryjąc satysfakcji.– Wyłącz już to. I pytaj mnie, proszę, nim zaczniesz mi pokazywać czyjeś zdjęcia. Ona nie musiała mieć komórki. No, czas spać. Jutro krótki dzień. – Oczy i kamery spotkały się ponownie – tym razem na długo.
Przyszła do niego rano, wysoka, czarnowłosa, w medycznej bieli. Nie spodziewał się, że to będzie tak wcześnie. Z trudem wymacał na stoliku soczewki i aparaty słuchowe.
– Panie Marku – powiedziała. – Alex, pański robot opiekuńczy, przekazał nam wczoraj nagranie waszej wieczornej rozmowy. Odmawiamy panu prawa do zakończenia życia. Przerwać egzystencję można wyłącznie z powodów powszechnie uznawanych za racjonalne. Pańskie motywy nie wydają się racjonalne.
– Donosiciel. – Mężczyzna spojrzał w kierunku drzwi, za którymi zniknął robot, po tym jak wpuścił naczelną psycholog ośrodka.
– Kiedy mogę powtórzyć swoją prośbę? – spytał.
– Za dziewięć miesięcy. Mam też dla pana drugą wiadomość – dodała kobieta cieplejszym głosem. – W Poznaniu testują nową terapię rewitalizującą osoby, które…
– Urodziły się za wcześnie, by starzeć się powoli – dokończył widząc, że brakuje jej słów.
– To bardzo obiecująca terapia. I pan się kwalifikuje. Proszę skorzystać. Wiem, w Poznaniu nie ma morza, ale mają tam olbrzymią semiwirtualną plażę, a sam ośrodek nazywa się „Bałtyk”.
Oboje zaczęli się śmiać.
Pociąg pędził. Byli sami w przedziale – człowiek Marek i robot Alex. Człowiek otworzył kalendarz. Przewinął wirtualne karty na soczewkach o dziewięć miesięcy do przodu. Zaznaczył dzień. Zmienił domyślną czerwień na zieleń i dodał notatkę: „Pójść na dobre wino i zdecydować, co dalej”.