Emerytura
– Dziadku, z okazji twoich ulodzin i emelytuly, masz od nas pistolet. – Jasnowłosy Adalbert potrafił już wymawiać „r”, ale był tak przejęty swoją rolą, że zapomniał o tej umiejętności.
– I winko – dodała Małgosia, jego równie jasnowłosa siostrzyczka.
Jakub przejął od wnuka ciężkie drewniane pudełko i ostrożnie położył je na stole. Następnie zajął się wnuczką trzymającą oburącz butelkę czerwonego wina.
– Dziękuję wam bardzo – powiedział, całując wnuki. – I wam – dodał, patrząc na syna i synową. Nalał wino do kieliszków. Dzieci dostały sok. Siedzieli na werandzie. Był piękny słoneczny dzień.
– Za tatę. – Nie wstawali do toastu. W trójkę stuknęli się kieliszkami. Jego syn i synowa upili po dużym łyku. On nie pił, jeszcze nie teraz. Napił się porządnie dwa dni temu, z kolegami i koleżankami z pracy. Tymi, którzy jeszcze nie przeszli na emeryturę. Impreza była huczna. Cały następny dzień miał kaca. Dziś jednak czuł się świetnie.
– Dziadku, nie otworzysz pistoletu? Wino otworzyłeś. – Adalbert z fascynacją wpatrywał się w pudełko.
– Już, już.
Jakub przyłożył palec do czytnika na wieku. Zamek kliknął, ale pudełko nie otworzyło się.
– Trzeba ręcznie unieść wieko, to tradycyjna robota. – Syn nie krył dumy.
Pistolet podobał mu się. Czarny ze złoconymi zdobieniami. Na rękojeści inkrustowano jego imię i nazwisko, datę urodzin i przejścia na emeryturę. Z ulgą odnotował brak dodatkowych napisów, na przykład jakiejś „mądrej” sentencji po łacinie, lub greką. Jego syn miewał takie pomysły.
– Cieszę się, że jesteście tu ze mną – powiedział, biorąc pistolet do ręki. Spust delikatnie zawibrował, potwierdzając rozpoznanie uprawnionego właściciela. – To było dobre sześćdziesiąt lat.
Włożył lufę do ust i nacisnął spust. Huku nie było. Nikt się go zresztą nie spodziewał. Tylko Adalbert roześmiał się, widząc jak się dziadek bawi. Reszta jego niewielkiej rodziny milczała.
– Idę powiesić pistolet. Zaraz wrócę – powiedział Jakub, wstając.
– Pomóc ci, tato? – Syn patrzył na niego z troską.
– Nie ma potrzeby. Poczekajcie tutaj.
W „pokoju emerytów”, jak go nazywali, panował półmrok. Umeblowanie było skąpe. Dwuosobowy fotel, stolik, miękki, odkurzony na tę okazję dywan. Na ścianie wisiały pistolety. Czarne – męskie i białe – kobiece. Kolorystyka nie była przez nikogo narzucona. Jakoś tak się w ich rodzinie przyjęło. Powiesił broń obok niewielkiego pistoletu, który Marika, jego żona, dostała z okazji przejścia na emeryturę. Na rękojeści jej broni ich syn kazał wygrawerować „Et in Arcadia ego”. Nie był ten ich syn specjalnie mądry, inaczej niż synowa i wnuczka.
Zamknął za sobą drzwi i wrócił do rodziny. Wciąż niczego nie czuł. Wiedział, że naciśnięcie spustu uruchomiło niewielki mechanizm w jego ciele. Mechanizm, który wszczepiono mu gdy, jako pełnoletni mężczyzna, świadomie i obowiązkowo przystępował do ubezpieczenia społecznego. Mechanizm, który przez cały ten czas nic nie robił, tylko był… w nim.
– Za was – powiedział, unosząc kieliszek. Teraz już mógł się napić. Wino było cierpkie, bardzo smaczne.
– Zobaczcie, dziadek zasnął! Gosia, widzisz?
– Tak, zasnął, synku. Chodźmy. Nie przeszkadzajmy mu.