Krótki koszmar
Spał wyciągnięty na wersalce. Pisał prawie przez dziesięć godzin. Myślał, że dziś skończy, ale zakończenie baśni wciąż odsuwało się w czasie. Zdania ciągnęły się jak żelki Haribo, te lukrecjowe, przypominające robaki. Wreszcie padł i zasnął. Jego umysł błądził po onirycznych światach, a może to światy błądziły po jego umyśle… Sceny i widoki mieszały się i zlewały. Jechał pociągiem ze swoim psem, który na potrzeby snu wrócił do życia, a potem szedł lasem, zupełnie sam, choć akurat wśród drzew i wiosennych woni jego psu z pewnością podobałoby się bardziej niż w dusznym przedziale zimowego TLK. Kochał się z Kamilą, kłócił się z Kamilą, grał z Kamilą w kości. Teraz była jej kolej. Długo potrząsała niedużym czerwonym kubeczkiem. Lakier na jej paznokciach i czerwień kubka miały ten sam krwisty odcień. Grzechotanie kości zlało się ze zgrzytem przekręcanego klucza. Kamila wróciła z pracy. Zniknął niepokojący kubek i wieszczy grzechot. Była wersalka, poduszka i jej kroki w przedpokoju. Uśmiechnął się w półśnie. Lekko skrzypnęły uchylane drzwi. Stanęła przy nim. Już wiedział, że to nie Kamila. Chciał się obudzić, ale nie potrafił. Spróbował zasnąć, ale to też nie wyszło. Ogarnął go chłód i zapach brudnego śniegu.
Kamila wróciła pół godziny później.