Przejdź do treści

    Piekielny Kaszub

    Androginiczna twarz wyrzeźbiona w jasnym, marmurowym kamieniu, o delikatnych, symetrycznych rysach i falowanych włosach. Migdałowe oczy świecą ciepłym, bursztynowym światłem, kontrastując z bladą powierzchnią kamienia. Tło jest ciemne i teksturowane, co uwydatnia subtelną strukturę rzeźby.
    Za oknem nic nie ma, nic nie ma, nic nie ma!
    Więc trzymam się ciebie rękami obiema,
    By wiedzieć, że chociaż ty jesteś.
    Jacek Kaczmarski

    „Za chwilę wyzionę ducha. Albo oszaleję”, pomyślał. W przedziale było ciepło i ciasno. Wszystkie sześć miejsc zajęte od samego początku. Plus dwójka małych dzieci na kolanach matek i piesek na kolanach nie-matki. Matka pieska – duży owczarek niemiecki – leżała na podłodze, dysząc i co jakiś czas liżąc się między nogami. Do tego torby, plecaki, wózki, płaszcze i kurtki dwóch podróżujących w jego przedziale rodzin. Wszyscy jedli, pili, szeleścili foliami, chrupali, mlaskali i ciamkali, wypełniając przestrzeń wonią jajka, kiełbasy, ryby oraz jakichś innych potraw, których składu wolał się nie domyślać. Przy tym, oczywiście, albo krzyczeli do komórek, albo do siebie nawzajem. Co chwila też go zagadywali. Wyjątkiem była siedząca obok niego nastolatka – ta migała do kamery smartfona. Po kilku bolesnych kuksańcach od rozgadanej dziewczyny, wcisnął się maksymalnie w swój kąt przy oknie i udawał, że śpi. Poskutkowało. Współpasażerowie dali mu spokój i tylko pies wciąż okazywał mu sympatię, liżąc jego but.

    „Szanowni Państwo, zbliżamy się do stacji Tczew. Wysiadających prosimy o sprawdzenie, czy w przedziale nie pozostał bagaż lub rzeczy osobiste”. Nijaki głos kierownika pociągu uczynił cud. Wszyscy – matki z maluchami, głucha nastolatka, dziewczynka ze szczeniakiem, stary otyły mężczyzna i pies – zaczęli zbierać się do wyjścia, przeszkadzając sobie nawzajem. Ostatnia wyszła ciągnięta na smyczy suka. Jeszcze w drzwiach odwróciła się i spojrzała na niego przeciągle i raczej smutno. Potem, szarpnięta, pobiegła za swoją panią.

    Cisza i pustka trwały tylko chwilę. Do przedziału weszła dziewczyna, która wczęsniej stała w korytarzu. Wsiadła chyba w Iławie, a może jeszcze w Działdowie. Najpierw krążyła tam i z powrotem, pewnie szukając miejsca, a może konduktora. Potem, tak od Malborka, odwrócona plecami, stanęła przy oknie naprzeciwko drzwi do jego przedziału. Była ubrana wyjątkowo lekko jak na tę porę roku i tym zwróciła jego uwagę. Spódnica nad kolano i gołe nogi – albo coś, co świetnie gołe nogi udawało – do tego bluzka z krótkimi rękawami. Delikatne zielenie stroju dziewczyny ładnie zgrywały się z jej ciemnymi włosami opadającymi aż do łopatek. Podziwiał jej sylwetkę za każdym razem, gdy któryś ze współpasażerów otwierał drzwi wychodząc lub wracając z toalety.

    – Wreszcie zrobiło się przyjemnie. Przepraszam, że nie zwolniłem pani miejsca, ale był taki ścisk, że trudno było się wydostać.
    Wyjaśnienie było słabe. Zresztą sam nie wiedział, po co w ogóle się tłumaczy. Po prostu czuł, że powinien.
    – Teraz będzie luźniej – powiedziała. – A w ogóle jestem Weronika. Panią byłam, gdy miałam ziemię.
    Roześmieli się.
    – Zen – powiedział, wyciągając rękę.
    Na siedząco wyszło to dość dziwacznie. Dziewczyna – z bliska wyglądała na jakieś dwadzieścia lat – miała gorącą dłoń i ciemne, głębokie oczy.
    – Zen?
    – No przecież nie powiem, że Zenek, a Zenon to był z Elei.
    – Był też z Kition. – Uśmiechnęła się bardzo ładnie i zajęła miejsce przy drzwiach.
    Zaskoczyła go i było to miłe zaskoczenie. Miał nadzieję, że już nikt się nie dosiądzie. Usłyszeli gwizdek i pociąg ruszył.

    Drzwi przedziału otworzyły się, wpuszczając zdyszaną kobietę około pięćdziesiątki, z plecakiem i torbą. Romantyczne marzenia Zena rozwiały się, nim się porządnie zaczęły. Kobieta położyła bagaże na wolnych siedzeniach, powiesiła burą kurtkę na haczyku i usiadła obok niego. Miała zmęczoną twarz i tlenione blond włosy. „Tak oto jedna osoba potrafi wypełnić sobą cały przedział”, pomyślał. „Może wysiądzie w Gdańsku.”
    – Ten pociąg nie dojedzie do Gdańska. To „Piekielny Kaszub” – odezwała się jego nowa towarzyszka podróży.
    Przełknął ślinę. Ale mu się trafiło na koniec. Spojrzał na Weronikę, która znów ładnie się uśmiechnęła, tym razem znacząco.
    – Słucham? – powiedział wreszcie, by nie wyglądało, że nie wie, co powiedzieć.
    – To pociąg do Piekła. Ledwo zdążyłam. Myślałam, że nie dobiegnę z moimi tobołami.
    – I nie boi się pani? Tak do Piekła? – Robiło się ciekawie.
    Kobieta dopiero teraz spojrzała na niego.
    – Kochany, ja wysiadam po drodze… w Niebie, moje dzieciulki o mnie zadbają.
    – O, radziłbym pani wysiąść w Gdańsku. Tam powinny być jakieś połączenia z Niebem, Piekłem i innymi Rajami… ale raczej autobusowe. Ten pociąg kończy bieg w Gdyni.
    – To pociąg do Piekła – powtórzyła kobieta. – Ale ja wysiadam wcześniej.
    – A skąd taka pewność zbawienia? – zapytał. Nie patrzył już jednak na rozmówczynię. Weronika właśnie założyła nogę na nogę i ten widok pochłaniał go całkowicie. Mimochodem zauważył, że nawet buty miała letnie.
    – Jestem matką świętych. Moje dzieciulki maleńkie, niewinne, wszystkie są w Niebie. – Kobieta mówiła szybko. Błądziła wzrokiem po przedziale i miał wrażenie, że zwraca się nie tylko do niego, ale i do samej siebie. – Ksiądz mówił, że takie dzieci idą do Nieba i są święte. A jak święte, to na pewno modlą się za mamusię i wkrótce będę z nimi. Pan Bóg takim świętym dzieciom nie odmówi. Ja to sobie wszystko obmyśliłam.
    Oderwał wzrok od uda Weroniki. Tym razem rzeczywiście nie wiedział, co powiedzieć. Jak zachować się wobec czyjejś tragedii? Każde słowa będą nie na miejscu…
    – Przykro mi – powiedział wreszcie.
    – Wszystkie, jak się rodziły, kładłam do beczki. Wszystkie cztery. Chrzciłam je sama i od razu myk do beczki, by nie zdążyły nagrzeszyć. A gdy umarł mój ojciec i otwieraliśmy grobowiec, dołożyłam tam beczkę, by były w poświęconej ziemi. Grabarze się gapili, ale dałam im w łapę i nagadałam, że ojciec bardzo lubił kiszoną kapustę. Powiedzieli, że ktoś wkładał do grobowca rower, więc beczka to pikuś. A jeden nawet spytał o przepis na tę kapustę. Powiedziałam, że ojciec sam ją deptał. Żeby się nie połasili.
    Zatkało go. Co powinien zrobić? Zgłosić policji, czy może wezwać pogotowie do Gdańska? Kobieta jest ewidentnie szalona. A jeżeli z tymi dziećmi to prawda? Chyba musi odnaleźć konduktora.
    – To straszne, co pani mówi – powiedział, wstając.
    – Straszne to jest Piekło, kochany. Zobaczysz.
    – Mam prośbę. Wychodzę do toalety. Czy mogłyby panie przypilnować mojego bagażu, gdyby pociąg stanął w Gdańsku, nim wrócę? Jadę do Gdyni. O, chyba właśnie mijamy Pruszcz – dodał po chwili.
    – Potępieni nie sikają. – Oczy wpatrzonej w niego kobiety płonęły jak magnitogorskie piece. – To twój ostatni raz, kochany.
    – Przepraszam, ale nie jestem pani kochanym. – Baba zaczynała go wkurzać. – Weroniko, zerknij, proszę, na mój plecak.

    Prawie pusty pociąg sprawiał upiorne wrażenie. Korytarz ciągnący się z nieskończoności w nieskończoność. Wagon za wagonem. Zimne, złe światło i zmrok zapadający nad światem. Blade, nieruchome twarze pojedynczych pasażerów widziane przez niedociągnięte zasłonki. Starzec wpatrzony w ścianę. Drugi siedzący nad szachami. Staruszka kontemplująca nadgryzioną kanapkę trzymaną w zastygłej dłoni. W jednym przedziale szóstka dzieci i nikogo dorosłego. W innym dwie kobiety. Każda leżąca na swojej części siedzeń, na boku, z podkulonymi nogami. Przestał patrzeć w okna. Konduktora ani śladu. Gdy przeszedł przez trzeci wagon, faktycznie poczuł parcie na pęcherz. Wszedł do toalety. Nawet nie śmierdziało papierosami. Ostrzeżenia o czujnikach dymu jednak robią swoje. „Gdy wjedziemy do Piekła, wszystkie kible będą wyły”, pomyślał i myśl ta bardzo go rozbawiła. Wiedziony męską ambicją skupił całą uwagę na tym, by strumień moczu trafiał dokładnie w środek muszli. Był w trakcie, gdy nagle zgasło światło, pociąg zatrzymał się, a on, w mętnym okienku klozetu zobaczył gwiazdy. Wspaniałe. Jak na najpiękniejszych zdjęciach z AstroNetu. Nie mógł oderwać oczu. Wszystko przestało mieć znaczenie. Pociąg ruszył, a widok za oknem rozmył się w szarość.

    Zrezygnował z szukania konduktora. Wciąż pod wrażeniem tego, co go spotkało, skierował się w stronę swojego wagonu. Szedł szybko, nie rozglądając się. Dziesiąty, jedenasty, dwunasty. Następny jest jego. Obejrzał się, czując na sobie czyjeś spojrzenie. Postać w przeciwległym końcu korytarza wzbudziła w nim irracjonalny lęk. Przeszedł przez łącznik i przyspieszył.

    W przedziale zastał tylko Weronikę.
    – Wiesz, że jej się udało… – Dziewczyna wydawała się lekko oszołomiona.
    – Co się udało? Wysiadła w Gdańsku? To już był Gdańsk? O kurczę, zapomniała o swoim bagażu. – Na siedzeniach leżały i torba, i plecak.
    – Wysiadła w Raju. Przyszedł anioł o migdałowych oczach i zabrał ją z tego pociągu. Gdy wybiegała, była młodsza o jakieś trzydzieści lat. Cała w skowronkach!
    – Nie śmieszą mnie takie żarty – powiedział, siadając naprzeciwko dziewczyny. – Kobieta ma problemy psychiczne, a może nawet kisi dzieci w beczce. Dlaczego pozwoliłaś jej tak po prostu wyjść?
    – Miałam walczyć z aniołem?
    Pasażerki już i tak nie było, więc nie mógł nic zrobić. Przeszedł zatem do porządku dziennego nad poczuciem humoru swojej nowej znajomej.

    – O, Pruszcz Gdański. Widać cukrownię.
    Nim zdążył poczuć grozę, rozległo się pukanie w drzwi. Miarowe i mocne.
    – Pro…
    – Nie otwieraj i niczego nie mów. Nie zapraszaj! – zawołała dziewczyna.
    Wstała i przytrzymała go za ramiona. Poczuł bijące od niej ciepło.
    – Ten, kto ma wejść, wejdzie bez pukania – wyszeptała mu do ucha. – Nie wychodź nigdzie… Nigdy. I nie otwieraj.
    „Kolejna zaburzona”, pomyślał. „Ta podróż chyba będzie jednak ciężka do końca”.
    – Dobrze się czujesz? Jeżeli żartujesz, to to nie jest śmieszne.
    – Weź mnie – powiedziała.
    – Dokąd? Gdzie?
    – Zerżnij. Tutaj. Teraz.
    – Idę po konduktora.
    Parsknęła śmiechem. On też.
    – Sama pójdę po konduktora, jeśli nie napatoczy się ktoś inny. – Mówię najpoważniej w świecie. Chcę być rżnięta, patrząc przez okno pędzącego pociągu. Taka moja prosta potrzeba. Padło na ciebie. Chodź – szarpnęła go ku oknu.
    „To się dzieje naprawdę”, pomyślał. „Kobiety w moich fantazjach nie są wulgarne”.
    Weronika zdejmowała majtki przez buty.

    Wiedział, że powinien wyjść i kogoś wezwać, że to chore, że pewnie skończy się chorobą, że jej trzeba pomóc, a nie ulegać, i wiedział też, patrząc w oczy Weroniki, których blask – czuł to – rozbija jego osobowość, że się nie oprze. „Dodała mi czegoś do wody?” pomyślał jeszcze, nie pamiętając, że żadnej wody nie miał.

    Weronika oparła się rękami o dolną krawędź okna. W odbiciu w szybie widział jej twarz wpatrzoną w ciemność. Śmiała się i płakała jednocześnie. Nie wszedł w nią, lecz został wessany, wciągnięty, wchłonięty… Głębiej i głębiej… Zamknął oczy i objął ją jeszcze mocniej. Nie było już nic prócz ciepła, ruchu i słodyczy perfum. Ignorował stukanie w drzwi i ściany przedziału. Weronika spełniała się na nim… z pasją i rozmachem.
    – O, tu zginęłam. – Tym razem to jego kochanka stukała w okno, dochodząc po raz trzeci lub czwarty. – Leżałam na chłodnej szynie. pendolino pędziło i patrzyło na mnie, a ja patrzyłam na Pendolino. Do końca… Otwórz oczy!

    Zobaczył światła Pruszcza i nie zobaczył dziewczyny. Stał w opuszczonych spodniach i z równie opuszczonym członkiem, czując pustkę i tęsknotę, a przede wszystkim czując się głupio. A potem odwrócił się. Drzwi do przedziału były otwarte.

    Tekst ukazał się w „Szortalu” w 2017 roku. Tak, lubię kolej i tak, jestem związany z Pruszczem Gdańskim. :-) O pociągach jest też „Twoja kolej”, a o tajemniczych kobietach „Bierstrasse”. Spróbujcie też „Kawy” w Kabarecie Syntetycznym na YouTube.

    Serdecznie dziękuję Łukaszowi Lenczewskiemu, biegłemu tłumaczowi języka migowego (PJM), za konsultację i potwierdzenie, że sposób komunikacji osób głuchych został w moim opowiadaniu przedstawiony zgodnie z rzeczywistością.

    Jeśli lubicie transport w literaturze, zwłaszcza potraktowany w sposób nieoczywisty, koniecznie przeczytajcie „Sky Daddy” Kate Folk. Polskiego tłumaczenia jeszcze nie ma, dlatego linkuję rozmowę z autorką w „The Guardian”.

    Wróć do listy opowiadań

    Ostatnia modyfikacja: 21 grudnia 2025 r.