Zdrowy sen
Gnijąca twarz trupa wyrażała tylko jedno uczucie: głód. Zacisnął powieki, by nie widzieć martwych oczu i wyciągniętych ku niemu opuchniętych rąk. Jeszcze przed chwilą miał nadzieję, że ucieknie. Że wydostanie się z tych piwnic. Korytarz, którym biegł, zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Zdawał się - bo nagle skręcił, a jego nadzieja zderzyła się z zimnym, brudnym ceglanym murem. Zaczął krzyczeć. Z przerażenia. Nie liczył na pomoc. Czuł, że to koniec. Czuł też woń przetrawionego mięsa i lepki, wilgotny dotyk na policzku, nosie i ustach.
– Dzięki, Johnny – powiedział otwierając oczy. – Dobry pies. Ale już wystarczy. Śmierdzi ci z pyska.
Wielki owczarek niemiecki stał oparty przednimi łapami o tapczan i merdał. Czekał na pieszczotę. Artur podrapał go za uchem, poklepał po karku i wstał, by zabrać się za dzień.
Znów się nie wyspał. Znów pobudka była lepsza od snu. Znów musiał pisać. Włączył czajnik elektryczny stojący na stoliku w kącie i poszedł pod prysznic. Nie spodziewał się nikogo, ale na wszelki wypadek domknął drzwi za sobą, by Johnny nie wchodził do maleńkiego przedpokoju z umywalką, który, podobnie jak prysznic i ubikacja, stanowił wspólną część dwupokojowego mieszkania w hotelu asystenckim. Sąsiedni pokój na razie był pusty, ale Artur nie łudził się, że ten miły stan będzie trwał wiecznie. Idąc pod prysznic, zerknął w lustro wiszące na ścianie pomiędzy pokojami. „Sam wyglądam jak zombie”, pomyślał, patrząc na podpuchnięte oczy w zmarnowanej twarzy. Odwrócił wzrok. Nie lubił tego lustra. Zostało po kimś, kto podobno zaginął. Było tu, gdy się wprowadził. Korzystała z niego jego poprzednia sąsiadka. Po jej wyprowadzce chciał je wyrzucić, ale brakowało mu racjonalnego uzasadnienia. Nie wyrzuca się sprzętów tylko dlatego, że czasem przechodzą cię ciarki na ich widok. Szczególnie jeśli to nie twoje sprzęty i nie twoje mieszkanie. Poza tym lustro jednak się przydawało.
Kąpiel była krótka. W pokoju pies przywitał go merdaniem i wymownymi spojrzeniami w stronę drzwi. Artur zrobił kawę, dolał wody z kranu i wypił duszkiem.
– Idziemy? – zagadał do psa. Pisk i dziki, radosny taniec w odpowiedzi. Wyszli z mieszkania. Artur nie trudził się zamykaniem drzwi na klucz. Mieszkał przecież sam, a o swój majątek się nie martwił. Nie miał majątku. Na parterze, rzucił „cześć” młodej portierce i już byli na zewnątrz. Wczesny poranek, z jego aromatycznym, wciąż rzeźkim powietrzem i śpiewem ptaków był tym, czego potrzebował. Za kilka godzin zrobi się bardzo gorąco. Pies siknął pod pobliskim krzakiem. Widać jednak było, że obwąchanie i oznaczenie okolicy mu nie wystarczy. Spacer alejką zadowoliłby pewnie psa – seniora, ale nie Johnny’ego, będącego w kwiecie psiego wieku.
— Chodźmy do lasu, Johnny. Dobrze nam to zrobi.
Pies ochoczo pociągnął naprzód. Po kilku minutach byli wśród drzew. Odpięty od smyczy owczarek krążył od drzewa do drzewa, sprawdzając, co w ściółce piszczy. Artur szedł ścieżką. Był zmęczony i miał dość. Koszmary miewał od dziecka, ale nigdy takie. Fakt, przez ostatnie półtora tygodnia tylko siedział i pisał. Jednak to nie był powód, by wszystko, co napisze, potem mu się śniło. „Jeszcze dwa tygodnie i odpocznę”, pomyślał. „Byle tylko wytrzymać tempo”. O konkursie wiedział od kilku miesięcy, ale najpierw robił za niewolnika na uczelni, gdzie doktorantów angażowano do pracy, by zaoszczędzić na nadgodzinach, a potem musiał kończyć swój artykuł o oficjalnych i nieoficjalnych nazwach nadawanych pociągom. Praca nad artykułem wydłużyła się i teraz gonił jak głupi. A konkurs zapowiadał się obiecująco. Należało wysłać cztery opowiadania w konwencji grozy. Nagrodą było wydanie całego zbioru, rzadkość sama w sobie, bo czytelnicy wolą powieści, a do tego miała również powstać wersja audio. Perspektywa autorskiej książki była bardzo kusząca. Konkurs kojarzył mu się też miło z jego pierwszym pisarskim sukcesem. Jego opowiadanie zostało wydane w konkursowym zbiorze jako e-book i audiobook. Wciąż pamiętał przyjemność, z jaką słuchał własnego tekstu czytanego posępnym, zdystansowanym głosem lektora. W ciągu dwóch lat od tamtego wspaniałego konkursu udało mu się jeszcze opublikować kilka opowiadań, z których pewien rozgłos przyniósł mu „Nawiedzony bunkier”, ale do wydania książki wciąż było daleko. Jeszcze dwa opowiadania. Musi zdążyć. Z zamyślenia wyrwała go cisza. Rozejrzał się. Johnny gdzieś zniknął.
– Johnny, Johnny! – zawołał. Nic. – Jooohny!
Mijająca go para spojrzała na niego z zainteresowaniem. Po chwili na ich twarzach zagościło zrozumienie.
– Jeśli szuka pan psa, to on chyba coś zżera za tamtym drzewem. – Kobieta w średnim wieku wskazała na rozłożysty dąb. Pobiegł natychmiast, mając nadzieję, że to „coś” nie zostało już raz zjedzone. Nadzieja okazała się płonna.
– Wracamy. – Przypiął cuchnącego psa do smyczy i ruszył do hotelu. W mieszkaniu Johnny grzecznie usiadł przy umywalce, czekając na mycie pyska.
Pierwsze opowiadanie było o cmentarzu i duchach. Raczej delikatne. Gdy skończył pisać, przez kilka nocy śnili mu się znajomi zmarli. Śnili i straszyli… niezbyt delikatnie. Na szczęście poczciwy Johnny budził go zawsze, gdy zaczynał krzyczeć. Czasem lizał po twarzy, a czasem uderzał łapą w policzek lub gdzie tam trafił. Sny po ukończeniu „Zombie w labiryncie” były gorsze. A teraz brał się za wampiry. Prosta historia o wampirze, który jeździ nocnymi pociągami, wysysając ofiary w kuszetkach i wagonach sypialnych. Pisał przez pół dnia. Szło mu nieźle. Sporo klimatu bez krwi. Krew miała być na końcu.
Po południu usłyszał ruch w przedpokoju. Wyjrzał zobaczyć, co się dzieje.
– Cześć – powitała go blondynka w średnim wieku. – Jestem Julia. Wprowadzam się dzisiaj – dodała, widząc jego pytające spojrzenie. – O! Ale super owczarek. Uwielbiam onki.
Pies warknął i zjeżył się na widok wyciągniętej ręki.
– John! Buda! – Pies posłusznie wycofał się pół kroku. Wciąż patrzył spode łba. – Nie lubi, gdy ktoś stoi w drzwiach. Lub gdy on sam stoi w drzwiach. W innych sytuacjach jest miły – wyjaśnił.
– Znam to. – Jego nowa sąsiadka nie wydawała się przejęta. – Trzeba zachowywać się naturalnie, ale niezbyt naturalnie, bo wtedy pies myśli, że to nienaturalne i robi się podejrzliwy, prawda?
– Dokładnie – roześmiał się. – Dobrze to ujęłaś.
Julia wprowadzała się przez pięć dni. Po obejrzeniu pokoju uznała, że zrobi małe malowanie. Tak dla odświeżenia ścian. Podczas malowania zaczęła schodzić poprzednia warstwa farby, odsłaniając kolejne odłażące warstwy. Artur nie brał udziału w remoncie, ale wiedział o tym wszystkim, słysząc przez ścianę rozmowy braci Julii. W tym hałasie ciężko się pisało. Uporał się ze sceną, w której para napalonych na siebie nastolatków, planująca swój pierwszy raz w pędzącym przez noc pociągu, kończy swą podróż życia w trzyosobowym przedziale sypialnym, gdzie omyłkowo kupili miejscówki. Utknął na następnej, w której konduktorka przychodzi budzić pasażerów. Remont trwał, a czas mijał. Dni płynęły mu na spacerach z Johnnym i próbach pisania. Z Julią rozmawiał kilka razy. Dowiedział się, że po wakacjach zaczyna pracę na biologii. Johnny przestał na nią warczeć.
Remont wreszcie się skończył, a do tego jego sąsiadka wyjechała na kilka dni. Obiecał sobie, że nie zmarnuje tego czasu. Każdy dzień wyglądał tak samo. Spacer z Johnnym, śniadanie i pisanie. Spacer z Johnnym, obiad i pisanie. Spacer z Johnnym, kolacja, pisanie, znów spacer i pisanie, ile się dało, czyli aż do zaśnięcia. Żył jak mnich. Ba, jak porządny mnich. W dwa dni miał całe opowiadanie. Finał wyszedł mu rzeczywiście krwawy. Następny dzień spędził na szlifowaniu tekstu. Poprawiał literówki, usuwał powtórzenia, czytał fragmenty na głos, by usłyszeć ich rytm, i formatował. Potem przeczytał całość jeszcze dwa razy dla pewności. Skończył. Wstał od komputera i wyjął z lodówki piwo. Zasłużył na nagrodę.
Postać zmaterializowała się tuż obok biurka. Blask księżyca i światło emitowane przez ekran niezamkniętego laptopa przenikały przez nią na wskroś, ale Artur nie miał wątpliwości, że ktoś tam stoi. I całym sobą wiedział, kto to. Chciał wstać z łóżka, uciekać, ale nie mógł się ruszyć. Nie mógł też krzyczeć. Postać zbliżała się powoli. Johnny warknął, a potem wycofał się ze skomleniem. Gorejące oczy patrzyły na Artura. Wzrok wampira hipnotyzował i paraliżował. „To się nie może tak skończyć”, pomyślał. „Muszę coś zrobić”. I zrobił… Zamknął oczy i owinął się kołdrą. Najpierw poczuł zimno, a potem ręce opierające się na jego opatulonych ramionach. Zaczął krzyczeć. Z całych sił, jak tylko mógł. Miotał się i krzyczał, walcząc z napierającym na niego ciężarem.
W blasku księżyca ujrzał nad sobą kły i świecące oczy Johnny’ego. I usłyszał walenie w drzwi.
– Artur, co się dzieje! Otwórz! Hej! – Julia widać wróciła wieczorem, gdy spał. Znów pukanie i szarpanie klamki. – Otwórz!
– Nic się nie stało – odpowiedział szybko i zerwał się, by otworzyć, nim sąsiadka zacznie panikować. Dobrze, że miał zwyczaj spania w piżamie.
Zapalił światło i przekręcił zamek. – Miałem zły… – Wrzask Julii przerwał jego wyjaśnienia. Mimowolnie spojrzał za siebie. Nic. Komputer, stolik z trzema butelkami po piwie, noc za oknem i księżyc, którego demoniczność całkowicie rozproszyło zapalone światło. Po chwili zrozumiał, że Julia patrzy na niego. Był cały we krwi.
– Boże, co ci się stało? Zadzwonić po pogotowie?
– Nie. Chyba poszła mi krew z nosa podczas snu. Już nic mi nie jest. Zaraz się ogarnę. Przepraszam za hałas. Miewam koszmary. – Wolał nie interpretować wyrazu twarzy sąsiadki…
Julia wróciła do swojego pokoju, a on do swojego. Ostrożnie dotknął nosa palcami. Nie bolał, ale to o niczym nie świadczyło. Starając się nie pochylać nadmiernie, zdjął poszewki z kołdry i poduszki. Zwinięte w jeden kłąb z prześcieradłem, wrzucił do szafy. Jutro wypierze. Do krwawej pościeli po chwili dołączyła piżama. Owinął się ręcznikiem i wyszedł z pokoju. U Julii na szczęście było ciemno. Nie wstydził się nagości, ale wolał nie deprymować sąsiadki. Spojrzał w lustro i omal znowu nie narobił hałasu. Poczuł, jak nogi się pod nim uginają, a serce, przeciwnie, idzie w górę. Oparł się o ścianę. W świetle wpadającym przez uchylone drzwi pokoju widział w lustrze częściowo już starte plamy krwi na twarzy. Widział też coś jeszcze. Na szyi miał dwa zaokrąglone przebarwienia…? Przyjrzał się dokładniej powierzchni lustra. I odetchnął z ulgą. Paznokciem zdrapał zabrudzenie ze szkła.
Następnego dnia unikał Julii, starając się jednocześnie wydawać odgłosy życia, by nie zaczęła podejrzewać, że jednak umarł. Był rozbity. Bał się nocy. Z doświadczenia wiedział, że najlepiej byłoby zacząć nowe opowiadanie, ale nie miał siły. Poszedł na bardzo długi spacer z Johnnym. Posiedział trochę w bibliotece, szukając materiałów do doktoratu. Wieczorem oglądał filmy i pił piwo. Dużo piwa.
Tym razem John obudził go, nim zaczął porządnie krzyczeć. Poklepał psa po pysku i wyszedł spod kołdry. Zapalił światło. Dotknął twarzy w kilku miejscach. Sucha. Spojrzał na rękę. Czysta. Dla pewności cicho wyszedł do przedpokoju i sprawdził w lustrze. Nie krwawił.
Dał Johnny’emu kawałek wołowiny. Nagroda na specjalne okazje. Zastanawiał się, czy jeszcze spróbować zasnąć. Była trzecia. Koszmary raczej nie powtarzały się tej samej nocy, ale „raczej” to nie „na pewno”. Zrobił kawę, siadł do komputera i otworzył Worda. Im szybciej zacznie, tym szybciej skończy.
Ostatnie opowiadanie było lżejsze. Para psychopatów, on – seryjny morderca z zamiłowaniem do przyborów szkolnych, ona – mężobójczyni, wymieniająca swoją drugą połówkę dokładnie co siedem lat. On nie wie o jej manii. Ona o jego obłędzie. Zbliża się siódma rocznica ich ślubu. Pisanie poszło mu błyskawicznie. Niecałe dwa dni. Wyszło i krwawo, i śmiesznie. Tak jak powinno. Na koniec miało być wielkie ćwiartowanie, ale, myśląc o nocy, zdecydował się na grzebanie żywcem. Zmiana spowodowała, że opowiadanie kończyło się mroczniej, niż to sobie założył, ale za to może zamiast nocnych krwotoków, będzie miał tylko duszności. Postawił ostatnią kropkę, zrobił korektę, zapisał dokument i zamknął komputer. Jutro raz jeszcze przejrzy wszystkie opowiadania i wyśle. Wcale nie był pewien, czy chce wygrać w tym konkursie i pisać cały zbiór. Wieczór spędził słuchając radia i pijąc piwo.
Obudził go krzyk Julii. Z poczuciem, że to jakieś pokręcone déjà vu, wybiegł z pokoju i zastukał w jej drzwi.
– Wszystko w porządku? – Ucichła. Po chwili usłyszał, jak wstaje z łóżka i czegoś szuka. Wreszcie drzwi się uchyliły i zobaczył sąsiadkę dociskającą rękami poły szlafroka.
– Przepraszam. Tym razem ja miałam zły sen. Widać krzyczenie w nocy jest zaraźliwe.
– Nic się nie stało. Sorry, że cię obudziłem, ale nie wiedziałem, co się dzieje. – Miał chęć spytać, co jej się śniło, ale zrezygnował. Nie znali się na tyle, by rozmawiać o snach. Julia zamknęła drzwi, a on wrócił do siebie. Resztę nocy przespał snem sprawiedliwego.
Zdążył, zdążył, zdążył! Opowiadania były skończone. Przeczytał całość kilka razy, ale już do niczego nie mógł się przyczepić. Zebrał wszystkie teksty do jednego pliku i wysłał. Chętnie by z kimś opił zakończenie pisania, ale znajomi rozjechali się na wakacje. Zresztą nie chwalił się tym, że pisze. Koniec pracy uczcił więc z Johnnym. Długim spacerem i dobrym obiadem. Wieczorem poszedł do pubu, ale czuł się dziwnie sam przy stoliku. Jak jakiś no-life. Wypił dwa piwa i wrócił do hotelu. Tam też miał piwo.
Ta noc była najgorsza ze wszystkich. Uciekał przed wampirem, by wpaść w objęcia zombie. W nadzwyczaj mocnym uścisku trupa czekał, aż kobieta o szalonych oczach skończy rozpinać mu koszulę, by mógł się do niego dobrać uśmiechnięty facet z cyrklem i ekierką. Obudził go Johnny zlizujący z niego krew. Na szczęście Julii nie było w domu. Był przerażony. Liczył, że koszmary miną wraz z wysłaniem opowiadań. Zastanawiał się, czy nie pójść do psychologa albo psychiatry. Ale co ten mu powie? By przestał pisać? By przerzucił się na bajki? I zaraz do głowy przyszli mu bracia Grimm, co paradoksalnie poprawiło mu nastrój. Nie kładł się już. Rano wyszedł z Johnnym, a potem spróbował się zdrzemnąć. Gdy w półśnie zobaczył jakąś postać, sam się obudził. Nie próbował więcej spać. Johnny znów cieszył się długimi spacerami po lesie. Wieczorem poszedł do pubu. Posiedzi do drugiej, a potem się zobaczy. Trudno. Nie obchodziło go już, jakie będzie sprawiał wrażenie. W pubie był ścisk, bo jedną z sal zarezerwowano na wieczór kawalerski. Zwolniło się jednak miejsce przy barze. Lepsze to niż stolik. Gdy kończył pierwsze piwo, przez salę przeszły dwie dziewczyny w towarzystwie mężczyzny. Po gwizdach i okrzykach dochodzących z drugiego pomieszczenia domyślił się, że to striptizerki. Nie rozumiał tego przedślubnego zwyczaju, ale dziewczyny były rzeczywiście ładne. Zamówił następne piwo. Pił, starając się nie wsłuchiwać w odgłosy zabawy w sąsiedniej sali. Trzeciego piwa nie zamawiał. Doznał olśnienia. To było takie proste. Z przejęcia omal nie zapomniał zapłacić. Dziarskim krokiem wrócił do domu. Przywitał się z psem, włączył komputer i zaczął pisać:
Karolina i Anna rozbierały się powoli, kołysząc biodrami w rytm muzyki wypełniającej sypialnię. Ich spojrzenia i uśmiechy obiecywały wiele…